Naiwne macierzyństwo.

Jakiś czas temu obiecywałam Wam, że będę już „od teraz pisać częściej”, no i d…pa. Nie udało się. Myślałam, że jak Tobiś już trochę lepiej śpi (czyli z 8-10 pobudek zrobiły się 2-4), jak wrócę do pracy, „wyjdę z domu”, to zacznę trochę lepiej funkcjonować. Po tych kilkunastu mega męczących, niedospanych miesiącach mój organizm był naprawdę wykończony. Moja zdolność myślenia, kojarzenia, koncentracji, rejestrowania faktów była na poziomie przedszkolaka. Wchodziłam do sklepu i choć wcześniej w samochodzie w myślach powtarzałam sobie co mam kupić, to w sklepie nagle miałam pustkę w głowie. Gdy Pola prosiła mnie o pomoc przy prostym zadaniu domowym, polecenie musiałam czytać ze 2 razy, żeby zrozumieć o co kaman. To naprawdę jest mega dołujące, jak człowiek widzi, że jego mózg nie pracuje tak jak powinien. Zdarzało mi się czytać jakiś artykuł w gazecie 2, 3 razy, bo po pierwszej lekturze nie rozumiałam z niego za wiele.. A nie był to artykuł o budowie silnika elektrycznego w samochodzie..

Plan był taki..

Miałam w planach pisanie do Was wieczorem, jak już młody pójdzie spać, w domu będzie względna cisza i nikt nic ode mnie nie będzie chciał. Ale prawda jest taka, że jak kładłam Tobka spać ok. 18-19, to sama padałam chwilę później. Śmiałam się sama z siebie, że chodzę spać z kurami, i wstaje z kurami. Nie dawało się Tobiasza „przeciągnąć” i położyć spać później. Ta 19ta to był już maks jego możliwości i marudzenia. No i wstawał przez to średnio o 5 rano.. Czasem była to 4:30, czasem 5:50. Bez 2 kaw nie dawałam rady, a czasem wjeżdżały nawet 3. Czasem kładłam się z nim w południe, ale to z kolei wiązało się z tym, że nic w domu nie było zrobione. Ani obiad, ani pranie, ani jakikolwiek porządek. Ale doszłam do wniosku, że „coś za coś”. I że wolę zjeść pierogi ze sklepu, a odespać chociaż godzinkę z nocnego nie-spania, niż ugotować zupę i od godz. 16 podtrzymywać oczy na zapałkach odliczając czas do nocnej drzemki.

Przestawienie młodego na 3-4 pobudki w nocy nie było łatwe, ale się udało. Najpierw zmieniłam stronę łóżka tzn. bliżej jego łóżeczka spał mąż, nie ja. Ale nie wiele to pomogło. W końcu zdecydowaliśmy, że muszę spać w drugim pokoju, a jak Tobiś się w nocy przebudzi, to będzie do niego wstawał mąż. Nie wiem, ile prawdy jest w stwierdzeniu, że dziecko „czuje mleko mamy” w pobliżu, ale postanowiliśmy to sprawdzić. Pierwsze noce były ciężkie. Tobiś budził się standardowo co ok. 2 godziny. Mąż mu tłumaczył, że nie ma mamy, nie ma cycusia, że jest noc i trzeba spać, ale nie wiele to dawało.. Potrafił płakać przez godzinę, półtorej.. Rzucał się w łóżeczku, nie szło go przytulić, dotknąć, bo odpychał ręce. Mąż był twardy, a mi serce pękało jak słyszałam to jego zawodzenie.. Plan był taki, że mogę przyjść go nakarmić dopiero ok. 3 nad ranem. I jak przychodziłam to bidulek tak się przyssawał do mnie i łapał rączkami za cycusia jakby bał się, że zaraz od niego pójdę. Ciężkie to były dla nas wszystkich noce, ale udało się przestawić skrzata, żeby nie budził się co godzinę, półtorej. Gdy po raz pierwszy przespał kilka godzin (a ja razem z nim) – od 19 do około 1 to jak się już przebudziłam i go nakarmiłam, stwierdziłam, że w sumie jestem wyspana i mogę wstawać! Przespać ciągiem 4-5 godzin – ach, marzyłam o tym od miesięcy! 🙂

Naiwna ja..

Teraz jesteśmy na etapie, że chodzi spać ok. 19, czasem wcześniej, ale zdarza się, że i później. W ciągu dnia ma 1 drzemkę. W żłobku śpi ok 1,5-2 godzin. W domu, w weekendy potrafi spać nawet 2,5. Czasem po zaśnięciu budzi się ok. 22 i wtedy mąż idzie do niego, tłumaczy, że jest noc itp. i Tobiś zasypia. Jeśli ja do niego pójdę, to dopóki nie dostanie cycusia nie zaśnie, będzie płakał, spazmował, rzucał się w łóżeczku, no cyrk. Potem budzi się ok. godz. 1 i ok. 3-4 i wtedy jeszcze go karmię. Jeśli go nie przystawię do cycusia to historia się powtarza, czyli płacz, spazmy, rozpacz. Tak, że póki co uznałam, że dla dobra ogółu wolę go karmić 2-3 razy w nocy i w miarę się wysypiać, niż przez pół nocy słuchać spazmów i nie spać. Oboje z mężem pracujemy i najzwyczajniej w świecie potrzebujemy snu! Poza tym po takiej nocy oboje jesteśmy jak zombie i generalnie warczymy od rana na siebie i wszystkich wkoło. Tobiś też nie tryska humorem, co potęguje jeszcze bardziej kiepską atmosferę w domu.

Po cichu liczę, że kiedyś przyjdzie taka noc, że sam się odstawi, tak jak to było z Polą. Ha, naiwna ja!

Żeby nie było za pięknie…

Niestety w grudniu Tobiś się rozchorował. Zaczął spać z nami i niby było okej, ale znowu zaczął się budzić częściej i domagać cycusia. Zwłaszcza, że doszło do tego ząbkowanie .. Noc do nocy była nie podobna. Raz spał ładnie, budził się standardowo po północy i potem ok. godz. 3-4, raz budził się już po 21 i potem co 2 godziny. Ostatnie noce to znowu powrót do koszmarów. Spazmy, ryk, rzucanie się w łóżeczku .. Jakbyśmy mieszkali w bloku to sąsiedzi już dawno wezwaliby do nas policję i MOPS myśląc, że co najmniej przypalamy dziecko żywcem lub stosujemy innego rodzaju tortury. Już nie wiem ile miałam chwil zwątpienia, bo żadne sposoby nie sprawdzały się. Nie pomagało puszczenie kołysanek (co kiedyś działało!), Tobiś nie dawał się przytulić, odpychał nas, kopał, czasem zaczynał jeszcze bardziej zawodzić jak próbowaliśmy do niego mówić. Ta bezsilność, no i niemożność spania powodowały delikatnie mówiąc – frustrację i złość. Jedyne co mnie w nocy powstrzymywało od wyjścia z domu i nie wracania to świadomość, że i tak nie mamy najgorzej.. Wiem, że to może będzie krzywdzące co teraz napiszę, ale świadomość, że „są gorsze przypadki” jakoś mnie trzymała i wciąż trzyma w ciężkich chwilach ..

Kiedyś znajoma, której opowiadałam jakie mamy problemy z Tobkiem rzuciła, żebym dołączyła do grupy wymagające.pl na fb, bo być może znajdę tam jakąś pomoc, wskazówkę.. Dołączyłam więc do grupy na fb i jak przeczytałam kilka pierwszych wpisów to naprawdę poczułam, że jednak nie mamy tak źle. Bo mogę położyć Tobisia spać w łóżeczku w ciągu dnia i w tym czasie np. zrobić obiad. Nie śpi na mnie, więc jestem „mobilna”. Nie parzą go ręce innych osób. Nie płacze na widok osób innych niż ja, czy mąż. Chętnie jeździł w wózku, choć odkąd nauczył sie chodzić, woli iść na własnych nóżkach niż siedzieć w spacerówce. Lubi kąpiele, a płacz mu się włącza jedynie wtedy jak za szybko go wyciągam z wanny. Po rehabilitacji, którą mieliśmy ponad pół roku temu dużo lepiej znosi jazdę autem. Nie płacze po drodze, nie muszę zjeżdżać na pobocze, żeby go uspokoić i w obawie, że z tego płaczu się „zapowietrzy”. Nie mamy większych problemów z ubieraniem, nawet buty nie stanowią problemu. Tak naprawdę oprócz dużej ilości nocnych pobudek z płaczem, to nie mamy z nim większych problemów! No dobra, może uderza w krzyk jak znikam mu z oczu i często „wisi mi na nodze” jak robię coś w kuchni. I czasem jak mnie przyciśnie, to muszę go zabrać ze sobą do łazienki 😉 Ale to w sumie tyle… I może to, co teraz napiszę będzie okropne, ale świadomość że „inni mają gorzej” bardzo mi pomogła.

Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma..

Wiecie jak to jest? Zawsze widzimy, że ktoś ma lepszy samochód, fajniejszego szefa, więcej zarabia, ma lepsze ciuchy, czy „zieleńszą trawę” w ogrodzie. Zazdrościmy i też chcemy „tak mieć”. W moim przypadku wydarzyło się coś odwrotnego. To ja poczułam, że jestem „tą lepszą”. I tak sobie myślę, że po naprawdę cudownym macierzyństwie jaki mi zafundowała Pola, podświadomie liczyłam, że teraz będzie taka sama sielanka.. Buziaczki, przytulaski, cud, miód i malinki.. I dopóki nie zaakceptowałam tego, że tym razem jest inaczej, gorzej, że tym razem mamy „trudne dziecko”, dopóty byłam nie dość, że zmęczona to i mocno sfrustrowana faktem, że „nie jest tak jak chciałam”. I w momencie, kiedy pogodziłam się z tym, że „tym razem tak łatwo nie będzie”, to jakoś dostałam dodatkowego pokładu cierpliwości i siły. Wiem, że te nocne płacze kiedyś miną. Już i tak jest dużo lepiej niż było. Zdarzają się noce, że naprawdę wstajemy w miarę wypoczęci (bo tak naprawdę wypoczniemy, jak zacznie przesypiać całe noce). Coraz częściej nasz mały skrzat się uśmiecha. Coraz więcej rozumie. Nie zawsze posłucha, o co się go prosi, ale to w końcu dziecko..

I jeszcze z jednej rzeczy zdałam sobie sprawę. ŻADNA moja dzieciata koleżanka NIGDY nie skarżyła się na problemy ze swoim dzieckiem. Może czasem któraś wspomniała, że jej dziecko jest niejadkiem. Może któraś napomknęła, że jej dziecko nie lubi jeździć autem. Ale ŻADNA nie zagłębiała się w szczegóły. Nie mówiła, że jej dziecko płacze w aucie aż do utraty tchu, że rzuca jedzeniem po całej kuchni, że musi go nosić non stop na rękach, że dziecko zasypia tylko na niej. Że nie może wyjść z domu, bo dziecko nie znosi wózka i wyje w niebogłosy, a ubranie butów graniczy u niego z cudem …

Tobek od samego początku był dzieckiem płaczliwym, budzącym się w nocy milion razy. Jazdy autem nie znosił (jak się później okazało z powodu wnm). Nie przytulał się z tego samego powodu i późno zaczął jeść „normalne pokarmy”. Wszystko przez wnm. I dopiero jak zaczęłam o tym głośno mówić, to nagle okazało się, że praktycznie każda z moich koleżanek miała lub nadal ma podobny problem ze swoim dzieckiem. Jedna chodzi z synem do psychologa, bo nie poradził sobie z pojawieniem się rodzeństwa. Inna chodzi z dzieckiem na terapię integracji sensorycznej. Syn innej ma także problemy z napięciem mięśni i choć jest już dzieckiem szkolnym, to nadal chodzi z nim do fizjoterapeuty. Tylko to nie są powody do chwały, więc nikt o nich nie opowiada przy kawie! W dobie wymuskanych zdjęć na Instagramie, jakiekolwiek problemy nie są godnym tematem do rozmowy. Bycie mamą ma być okresem radości, szczęścia, uśmiech ma nie schodzić z twarzy, a ściany w domu powinny być idealnie białe, tak jak obrus na stole. Zabawki mają grzecznie stać na półce, a uśmiechnięte dziecko w czyściutkim ubranku prosto z żurnala ma siedzieć na pastelowym dywanie i uśmiechać się do zdjęcia. Gdzie tu miejsce na wrzaski? Na płacz? Na plucie zupą? Na zajęcia z fizjoterapeutą? I tak sobie pomyślałam, że tak naprawdę to nie Tobek jest wyjątkowym dzieckiem. To Pola była wyjątkowym niemowlakiem! Bo o dzieciach takich jak ona mówi się, że nie istnieją (podobno cudowne macierzyństwo to mit.. Serio? Ha, miałam takie! I co Ty na to? 😉 Za to dzieci z wszelkiego rodzaju „problemami” nie brakuje! Więc jeśli Twoje dziecko nie jest idealne jak na obrazku, to znaczy, że wpisuje się w standardy! I nie wyrzucaj sobie, że jesteś złą matką, że nie potrafisz okiełznać własnego swojego bombelka. Bo nie jesteś w tym sama!

(zdj. pixabay.com)

 

Anna
Annahttps://opiniemamy.pl
Jestem mamą 9.5-letniej Poli i 1.5-rocznego Tobiaszka. Moje pierwsze macierzyństwo było usłane różami i ociekające lukrem. Choć mówi się, że takie nie istnieje (a jednak!) Przy Tobku walczymy ze skutkami wzmożonego napięcia nerwowego i nadwrażliwości na dotyk. Miliony pobudek w nocy, płacz i marudzenie to w pierwszym roku była codzienność. Jak przy tym nie zwariować i nie rzucić wszystkim uciekając w Bieszczady? Mam na to swoje patenty i nie boję się nimi podzielić! Jeśli jesteś mamą walczącą codziennie na domowym polu bity i potrzebujesz wsparcia i dobrego słowa, zapraszam! Jeśli mieszkasz w Krakowie i nie wiesz, gdzie iść na kawę z koleżanką z bombelkiem u boku, podpowiem! Jeśli szukasz pomysłu na szybki obiad - zapraszam po przepis! To co, widzimy się?

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Jeśli chcesz umieścić reklamę na mojej stronie, zapraszam do skontaktowania się poprzez formularz kontaktowy lub bezpośrednio na maila.

Podobne artykuły